gdy w Gromniczną z dachów ciecze, zima jeszcze się przewlecze 2010-02-04 17:48:21

Gdy tak wszystko dookoła zasypuje śnieżyca znad germańskich granic nie przecież tak bardzo odległych, zaspy rosną do rozmiarów absurdalnych, drogi śliskie i wszystko to za dnia w roztopy zaczyna się przeradzać, a wieś przypominać kataklizm, zaczyna człowiek poczuwać jakąś pierwotność, wręcz związek z ziemią niejasny. Niech rozpieprzy tę całą technikę, dopiero byłoby zabawnie. Homunkulusy, bo tego już przecież tym rosłym homo sapiens, sprawnym, silnym, prężnym nazwać ciężko. Gładkie, miękkie, wydepilowane karykatury biologizmu planowanego jakoś tak ciężko radzą sobie z mrozem, brakiem prądu i ciepełka. A ja mam wrażenie, że siedzę sobie w batyskafie własnym i obserwuję to wszystko zza szybki zaśmiewając się cicho, jak gdyby mnie to nie dotyczyło. A dotyczy przecież.

Na potwierdzenie wiatr dosadnie pizga gałęzią w szybę.

skomentuj (0)

bla bla bla 2010-01-23 23:28:05

Justyna jest chora, leży w łóżeczku. Tak, teraz chciałaby, żeby był ktoś, kto jej przyniesie herbaty gorącej, kupi cytrynę i spyta jak się czuje. Braknie jej aspiryny, ciałko cherlawe niechętne do niczego, a już na pewno nie do wycieczek w ten mróz trzaskający. Pielesze, chusteczki i wędrówki do kuchni z kotem prężącym się przy łydce w nadziei na przeciągnięcie po grzbiecie chociażby.
A fuj.

W chwilach poprawy wydolności intelektualnej mózg zżerają Sisin i Żukow, ich elan vital i rozbuchane libido, wnukowie boga.
I kipiąca wszystkim, ideą, siłą, krwią i spermą Moskwa.

skomentuj (0)

sobie 2010-01-21 22:24:15

Dziewczynki idące ulicami mają swoich chłopców, lub inne dziewczynki i przytulają się do nich. Tylko co z tego, gdy każde z tych ciałek jest po prostu kupą mięsa? Ostatnio zdolności do postrzegania bardziej naturalistycznego, by nie rzec, że turpistycznego, urastają bardzo. W ohydzie w jakiś sposób odnajduje się najbardziej brawurowy obraz rzeczywistości. Wciąż wyłażą wszelkie ubytki, w wiedzy, w spostrzeganiu, w języku. Narasta we mnie świadomość ogromu czasu zmarnowanego, a wszystko przybiera postać robaków wyłażących z głowy, z uszu, z ust.

Przynajmniej ostatnio poczucie względnego braku stagnacji podnosi na duchu. O ile to duchem w ogóle nazwać można. Oglądamy, przebijamy się tramwajem przez białe miasto, ładne miasto. Czuje się z nim związana, chociaż nijak nie jest moje, przecież nawet nigdy tam nie mieszkałam i istnieje prawdopodobieństwo, że nigdy nie będę. Szkoda, półmrok akademika przyjemny, ruch zaokienny.  

Tutaj znów wszystko się miesza. Potem jakiś nocny alkohol, lekki szum, ja i ja, sobie ja. Papieros, popielniczka, ja i ja, sobie ja. Coś tam płacze kuląc się w kącie, trzeba pogłaskać, nie bój się, noo, już dobrze, no chodź, no, już, już. Ja i ja, drugie ja, sobie ja.

skomentuj (0)

dychotomia 2010-01-18 13:18:24



Niespodziwana wizyta D. Przy ciastkach świeżo upieczonych debaty pobudzające, stymulujące. Mimo oczywistego kontrastu wynikającego z jego miłości do matematyki, logiki i racjonalnosci zestawionej z moją bardziej sensualną zdolnością postrzegania rzeczywistości jako bliżej nieokreślonej i niejasnej. Jego makrokosmos spojrzenia i moje mikroświatki, jako wyznaczniki
kondycji ludzkiego społeczeństwa. Fizyka i sztuka w zestawieniach najbardziej sprzecznych. Bo czymże jest ta nasza klutura, nasze kino, teatr. Lustrem przecież, filtrem rzeczywistości.
Czy samo jednak postrzeganie otoczenia przyniesie satysfakcję. Ważne jest dla mnie wyrażenie się, przynajmniej poprzez pełny, głęboki i własny odbiór...innego dobioru? Nie wiem, czy w ogóle tak można to nazwać. Budzi to nieustające poczucie kompletnego braku kreatywności własnej. Może faktycznie wypadałoby szukać jednocześnie  w czymś jeszcze, może jest na to wszystko jeden algorytm. Dlaczego większą przyjemność niesie mi skupianie się na przyglądaniu rzeczywistości w skali najmniejszej, jednostkowej, a nie w rozszerzeniu? Czy pojedynczość jest jakimkolwiek miarodajnym wskaźnikiem masowości? I w ogóle, czy ta szeroko pojęta sztuka nie jest jakimś zabawnym dowcipem? Gdzie tu sens, kiedy człowiek zje człowieka z głodu.

Odmóżdżam się o 5 nad ranem, po relacji Złotych Globów, oglądając "Zmierzch". Niestety, nie przynosi zamierzonego odcięcia od głowy, jedynie śmiech w pewnych momentach, gdy sceny stają się niesamowicie absurdalne w swoim wymiarze. Bo to w zasadzie film bardzo zabawny, chociaż główna bohaterka przez cały czas sprawia wrażenie, jakby miała zemdleć. Dobre wampirki jedzące owieczki i jelonki. Ach, smacznego wszystkim, co mi tam.

skomentuj (0)

homogenic 2010-01-14 00:22:13

Walka z białymi zaspami, muzyka skandynawskich kompozytorów, która jak żadna inna komponuje się ze śnieżycami. Na przemian, dobre wina i herbaty, z mlekiem i miodem, lub marcepanem. Wizyty w kinie, gdzie przypadkowe, miłe znajomości nowe. Pyszne, gorące kawy poranne w pracy zanim się zacznie. Nie ma złowieszczych wiatrów, nawet słońce dziś w szyby zajżało. No, może tylko jednym okiem, ale zawsze. Pachnące wanilią świeczki, nowa sukienka. Wniosek o urlop pięciodniowy, perspektywa kompletnego lenistwa, słomianego sieroctwa na cały ten czas, harców w kuchni niekontrolowanych, nocnych maratonów filmowych na dużym ekranie i malibu z mlekiem w ilościach nieograniczonych. Pełna swoboda działania, rozpusta. 
Czymś głowę zająć trzeba.

tym bardziej, że w dzień te wszystkie nieprzyjemne myśli to tylko takie drobne szpileczki, które dopiero nocą zamieniają się w wielkie noże rozcinające rany głębokie. I to poczucie, że coś czai się.
I'm going hunting I'm a hunter

skomentuj (0)

50 tys. osób na Śląsku i w Świętokrzyskiem nie ma prądu. 2010-01-09 18:41:07

Tegoroczne miesiące zimne są zgoła trudniejsze niż wszystkie poprzednie. Nie wiem, czy to efekt braku kontaktu z rówieśnikami, babranie się w chorych relacjach, które należałoby ukrócić, a czego niestety chyba zrobić nie potrafię, czy może to po prostu pustka jakaś, która ostatnio utyła i rozsiada się zbyt wygodnie zajmując przestrzenie wielkie. A może to wina tego, że codziennie przez osiem godzin w pracy udawać muszę kogoś, kim raczej nie jestem, albo zagryzać zęby i wykonywać rzeczy, których nie chcę.
Nie wiem.
Dodatkowo wciąż muszę redukować te nieliczne przyjemności z filmem związane, bo rodzą się niekończące wyrzuty sumienia, że tak niewiele robię w kierunku studiów, które już przecież raz kopnęły w cztery litery i jeśli nie postaram się zrobią to równie bezlitoście raz jeszcze. Na podłodze przy łóżku w zabawnej konstelacji leżą zbiory zadań z chemii i nowe "Kino" z kadrem z "Gorzkiego mleka" kuszącym. Z żalem odkładam artykuł o Lubece, licytacji spóścizny po Bergmanie, recenzje długo wyczekiwane. Na potem. Wszystko na potem. POTEM ożywa, personifikuje je, jes złe, garbate, szydercze i śmieje mi się prosto w twarz. Jest na tyle przepastne, że bez najmniejszych problemów zjada wszystkie moje obietnice na przyszłość z wielkim apetytem. Beka po uczcie rubasznie i brzydko. Nic mi nie zostawia. Twardo wyznaczam sobie datę swojej kolejnej wizyty w poznańskich murach, by POTEM nie dobrało się do tej iskierki. Muszę na coś czekać, bo zwariuję tutaj, a czuję, że jestem już o krok tylko.

W ramach terapii piekę joulutorttu, by chociaż przez chwilę zmniejszyć entropię pod tą czaszką, którą rozbiłabym dziś o krawężnik, gdyby nie to, że każdy przykrył amortyzujący puch najbielszy.

skomentuj (0)

raj to blef 2010-01-07 17:18:20


nieprz yno śmi śni eżn obiał ychlilii    pach    nąśmie rciąduszą mn ieee




skomentuj (0)

Księga Gości